Zobacz wszytkie serwisy JOE.pl
blogiblog4u.pl blogiblogasek.pl katalog stronwjo.pl avataryavatary.ork.pl czcionkiczcionki.joe.pl aliasydai.pl, ork.pl, j6.pl tapety tapety.joe.pl obrazkiobrazki na NK
Online: ---
zdrowie i choroby
Szanowny Użytkowniku,
Zanim klikniesz 'Przejdź do serwisu', prosimy o przeczytanie tej informacji.
Zgodnie z art. 13 ust. 1 ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r. (RODO), informujemy, iż Państwa dane osobowe zawarte w plikach cookies są przetwarzane w celu i zakresie niezbędnym do udostępniania niektórych funkcjonalności serwisu. W przypadku braku zgody na takie przetwarzanie prosimy o zmianę ustawień w stosowanej przez Państwa przeglądarce internetowej.
Administratorem Pani/Pana danych osobowych jest GO-MEDIA, z siedzibą ul. Stanisława Betleja 12 lok 10, 35-303 Rzeszów, VAT-ID: PL792-209-42-66.
Podanie danych jest dobrowolne ale niezbędne w celu świadczenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
Posiada Pani/Pan prawo dostępu do treści swoich danych i ich sprostowania, usunięcia, ograniczenia przetwarzania, prawo do przenoszenia danych, prawo do cofnięcia zgody w dowolnym momencie bez wpływu na zgodność z prawem przetwarzania, wszelkie wnioski dotyczące wskazanych powyżej praw prosimy kierować na adres email: gomedia@interia.pl.
dane mogą być udostępniane przez Administratora podmiotom: Netsprint S.A., Google LLC, Stroer Digital Operations sp. z o.o., w celu prowadzenia spersonalizowanej reklamy oraz dostępu do niektórych funkcjonalności serwisu.
podane dane będą przetwarzane na podstawie zgody tj. art. 6 ust. 1 pkt i zgodnie z treścią ogólnego rozporządzenia o ochronie danych.
dane osobowe będą przechowywane do czasu cofnięcia zgody.
ma Pan/Pani prawo wniesienia skargi do GIODO gdy uzna Pani/Pan, iż przetwarzanie danych osobowych Pani/Pana dotyczących narusza przepisy ogólnego rozporządzenia o ochronie danych osobowych z dnia 27 kwietnia 2016 r.
klikmapa.pl
Rozdział 23 "Następna"


Rozdział 23 "Następna"

 

Nie miałam pojęcia ile to trwało. Jak długo siedziałam w tym cholernym garażu, w cholernym samochodzie mojego brata. Godzinę, dwie, może pięć? Nie wiem nawet jak znalazłam się z powrotem w domu. Gdy prawie na oślep wybiegłam ze szpitala, znalezienie samochodu w takim stanie, w jakim się znajdowałam graniczyło z cudem. Ale jednak się udało. Nie patrzyłam nawet czy pobiegł za mną. Nie obchodziło mnie to.
Z głową opartą o kierownicę starałam się wyłączyć myślenie. Wyłączyć te wszystkie gnębiące mnie myśli, te targające mną uczucia. Chciałam po prostu być, po prostu trwać. Niestety było to trudniejsze niż się wydawało. Obrazy tego co dziś odkryłam rozbijały się boleśnie wewnątrz mojej czaszki, nie dając mi normalnie funkcjonować czy też myśleć o czymkolwiek innym. Na samą myśl o tym, przeszły mnie dreszcze. Starałam się nie płakać, ale nieposłuszne łzy same cisnęły mi się do oczu. Szkoda ich na tego sukinsyna! Nie mogłam uwierzyć jak mógł to zrobić mamie. Fakt, nie byli wzorcowym małżeństwem, pewnie już nic do siebie nie czuli, prócz przyzwyczajenia. Poniekąd zostali zmuszeni do tego małżeństwa, ale przecież skoro było mu źle to mógł po prostu odejść! Nie musiałby kłamać, oszukiwać! Wciąż widziałam przed oczami tę kobietę oplatającą go swoimi długimi nogami. W tym momencie straciłam resztki szacunku, którymi go darzyłam. Teraz naprawdę przestał być moim ojcem. On nigdy nim nie był.

Od trwania w bezruchu cała zdrętwiałam. Podniosłam głowę, mrugając kilka razy. W garażu panował przyjemny półmrok, nie było w nim nikogo, prócz mnie. Otworzyłam drzwi samochodu i na drżących nogach wyszłam na zewnątrz. Przeciągnęłam się leniwie, pociągając nosem i przecierając oczy. Poczułam na policzkach resztki łez, które otarłam rękawem kurtki, kręcąc głową. 
- Widziałaś ją, prawda?- aż podskoczyłam, słysząc czyiś cichy głos w głębi garażu. Niepewnie obeszłam ferrari i zobaczyłam Jasona, siedzącego na ławce pod ścianą.
- Ale mnie przestraszyłeś!- zarzuciłam mu, łapiąc oddech.- Co ty tutaj robisz?
- Czekałem aż wrócisz.- wzruszył ramionami.- No więc?
- Ale o czym ty mówisz?- zdziwiłam się.
- Dobrze wiesz. Słyszałem jak płaczesz.- mruknął chłopak, patrząc na swoje trampki.
- Ja...ja wcale nie płakałam.- skłamałam. Nie chciałam ukazywać przed nim swoich słabości. Tym bardziej, że nasze stosunki są trudne do zdefiniowania. 
- Byłaś u ojca, więc pewnie widziałaś tę jego asystentkę. Fajnie się zabawiają, no nie?- wyrzucił z siebie lekko rozbawiony. Nie sądziłam, że jest to temat do śmiechu. 

- To ty o tym wiesz?- zdziwiłam się.
- Jasne, od kilku miesięcy. Kiedyś wpadłem do niego po treningu i miałem okazje zobaczyć na własne oczy jak wygląda praca ordynatora szpitala.- prychnął Jason.
- Wiedziałeś i nic mi nie powiedziałeś?- wybuchnęłam oburzona.
- Jess, znam cię, od razu zrobiłabyś awanturę.- rzekł krótko Jason, podnosząc się z ławki.
- Za to ty wolałeś siedzieć cicho i udawać, że wszystko jest w porządku! Myślałeś, że to się samo jakoś rozwiąże?- złościłam się na niego. Widać, że nie jesteśmy spokrewnieni. Z jednej strony spokojny i opanowany Jason, a z drugiej impulsywna i wybuchowa Jessie. On woli się nie wychylać, za to ja najchętniej zbawiałabym świat.
- Daj spokój, to nie nasza sprawa.- mruknął obojętnie Jason.- Poza tym mama na pewno sama się tego domyśla.
- Skąd możesz to wiedzieć?- warknęłam niemiło.
- Pomyśl, te częste telefony do jego biura, prace po nocach, wracanie do domu o dziwnych porach. Nie wspominając już o tym, że on i mama w ogóle ze sobą nie rozmawiają. Ona nie jest głupia.- wyjaśnił. Dziwne, ale chyba pierwszy raz w życiu usłyszałam od niego tak długie zdanie. Tak to jest, gdy praktycznie nie zna się swojego brata i rozmawia się z nim tylko w jakieś szczególne okazje.
- Ja tego tak nie zostawię.- upierałam się. 
- Odpuść, oni i tak się rozwodzą, więc co za różnica.- westchnął zrezygnowany.- Tylko namieszasz, o to ci chodzi?
- Nie, ale nie mogę pozwolić na to, by ją bezkarnie oszukiwał!- rzuciłam obrażonym tonem. 
- Ale nie pomożesz jej, opowiadając o tym co widziałaś. Będzie jeszcze gorzej.- przekonywał mnie Jason. Musiałam przyznać, że mądrze robił zachowując zdrowy rozsądek, podczas gdy mną targały silne emocje. Kto wie co mogłabym zrobić pod ich wpływem. Wzięłam kilka głębokich oddechów.
- Masz racje, zachowam to dla siebie.- odezwałam się w końcu. Jason wyglądał jakby kamień spadł mu z serca.
- To dobrze, bo nie trzeba nam kolejnych problemów. Wystarczy, że udało nam się uporać z twoim zniknięciem.- powiedział uspokojony.- Wezmą rozwód, tata się wyprowadzi i będą mogli układać sobie życie na nowo.
- Ciekawe na ile im się to uda.- mruknęłam smutno.
- To już nie nasze zmartwienie.- uciął krótko Jason. Widać, że zbyt długie rozgrzebywanie jednego tematu wyjątkowo go męczyło.- Oddasz mi kluczyki?
- Jasne, dzięki.- rzekłam, wyciągając kluczyki z kieszeni i podając mu je.- Świetny wóz.
- Pewnie, dlatego go kupiłem.- rzekł dumnie Jason, kierując się w stronę drzwi do przedpokoju. Podążyłam za nim, jednak zanim tam weszliśmy dodał przyciszonym głosem:- Tylko nie padnij z wrażenia. I pamiętaj, żadnych scen.
- O co ci...- zaczęłam, ale on mój brat wyszedł z garażu. Zdziwiona chwilę jeszcze odprowadzałam go wzrokiem, po czym weszłam do domu. Teraz chciałam tylko odrobiny spokoju. Niestety nie było mi to dane, gdyż zaraz po wejściu do przedpokoju, usłyszałam głos mamy dobiegający z jadalni.
- Jessie to ty? Chodź do nas na kolację. 
Niepocieszona podążyłam w tamtym kierunku, gdyż nie miałam ochoty na jedzenie. Właściwie to na nic nie miałam ochoty.

W jadalni siedział Darren i moja mama za uroczyście nakrytym stołem. Chwilę wcześniej dołączył do nich Jason, z kpiącym wyrazem twarzy. Zastanawiałam się o co mogło mu chodzić.
W całym pomieszczeniu unosił się smakowity zapach pieczeni, którą moja mama przyrządzała na wyjątkowe okazje. Coś mnie ominęło i dziś jest jakieś święto?
Uśmiechnęłam się niepewnie do Darrena i usiadłam koło niego. Ten cmoknął mnie czule w policzek i chwycił za rękę pod stołem.
- Długo cię nie było, zaczynaliśmy się martwić.- powiedziała mama, przyglądając mi się uważnie.
- Eee...tak, zaraz po opuszczeniu szpitala pojechałam odwiedzić koleżankę.- skłamałam nieudolnie wiedząc, że i tak Darren to wyczuł. Nic jednak nie mówił, za co byłam mu wdzięczna. 
- Masz teraz dużo do nadrobienia, wiele przyjaciół do odwiedzenia.- skomentowała mama, uśmiechając się promiennie. Dawno nie widziałam jej tak szczęśliwej, to było podejrzane.
- Ok, co się dzieje?- spytałam bez ogródek, patrząc pytająco na nią, a następnie na Darrena. Jason tylko zachichotał.
- O co ci chodzi, czy to źle, że jadamy razem kolację?- zaśmiała się mama, nakładając nam porcję pieczeni z sosem.
- Nie, jest ok.- uśmiechnęłam się do niej, po czym chwyciłam za widelec.
- Świetnie!- ucieszyła się mama, także zabierając się za jedzenie, po chwili jednak dodając:- No gdzie ten szampan?
- Co?- zdziwiłam się, a po chwili usłyszałam charakterystyczny dźwięk odkorkowywania butelki. Do jadalni wbiegł Richard, trzymając szampana i uśmiechając się. Na ten widok opadła mi szczęka. 
- Szybko, podajcie kieliszki!- zawołał, podchodząc do stołu. Darren zerwał się z miejsca i przyniósł tacę z pięcioma wysokimi kieliszkami, do których Richard nalał złocisty, musujący trunek. Patrzyłam na to z szeroko otwartymi oczyma.
- W samą porę!- powiedziała z uśmiechem mama, biorąc kieliszek, który podał jej mąż, całując ją uprzednio w policzek. Miałam wrażenie, że tracę kontakt z otoczeniem, czy to kolejny koszmar? Nagle podszedł do mnie Darren, wręczający mi szampana. Wtedy oprzytomniałam.
- Nic ci nie jest?- spytał, jak zwykle przesadnie spostrzegawczy. 
- Co tu się dzieje?- spytałam przyciszonym głosem, patrząc zażenowana jak Richard wręcza mojej mamie ogromny bukiet czerwonych róż.
- Sam jeszcze tego nie ogarnąłem. Jakieś dwie godziny temu twój tata wrócił wcześniej z pracy z kwiatami, szampanem. Długo rozmawiał z twoją mamą na osobności, po czym zaczęliśmy przygotowywać te kolację.- wyjaśnił Darren wzruszając ramionami.
- Nie mogę w to uwierzyć.- mruknęłam ze złością sama do siebie, zaciskając pięści. 
- Że co?- zaciekawił się Darren, jednak zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, Richard wstał z kieliszkiem w ręce i odchrząknął znacząco.
- Chciałbym wznieść toast! Za moją uroczą małżonkę i nasze wspaniałe dzieci! I oczywiście za Darrena, nowego wybranka Jessie. Mam nadzieję, że przeżyjecie ze sobą tyle wspaniałych lat co my i docenicie wartość i głębie prawdziwego uczucia.- rzekł z uśmiechem wymalowanym na twarzy. Wszyscy, prócz mnie, upili łyk szampana, który w połączeniu z tymi słowami stał się dla mnie trucizną. Nie miałam zamiaru przełknąć choćby odrobiny. Prychnęłam głośno, patrząc na mężczyznę z niedowierzaniem. Richard jednak nawet nie zwrócił na to uwagi, za to mama rzuciła mi oburzone spojrzenie. Nie mogłam w to uwierzyć! On zrobił to specjalnie! Wiedział, że będę chciała zrobić raban po powrocie do domu, więc wrócił przede mną, by odegrać te żałosną i sztuczną scenkę pt.: „Jesteśmy szczęśliwą rodzinką”. Sprytne, bardzo sprytne.
- To było piękne.- zachwycała się Helen, patrząc na męża jak w obrazek. Pokręciłam z dezaprobatą głową. Niespełna 24 godziny temu wypowiadała się o nim z taką odrazą, a teraz traktuje go jak najwyższy obiekt uwielbienia. To jakaś gra, czy naprawdę jest szczęśliwa?
- Cała rodzina znowu razem! Nie mógłbym być bardziej szczęśliwy!- dodał Richard, ponownie całując mamę.
- Czyli się nie rozwodzicie?- warknęłam głośno. W pomieszczeniu nastała grobowa cisza. Jason rzucił mi ostrzegawcze spojrzenie, ale zignorowałam to. Wlepiłam spojrzenie w mężczyznę, którego tak bardzo w tej chwili nienawidziłam. Zamiast niego, odezwała się mama, przerywając tę krępującą ciszę.
- Oczywiście, że nie kochanie. Skąd ci to przyszło do głowy?- rzekła uśmiechając się nerwowo. Jason uniósł brwi zaskoczony. Pewnie nie spodziewał się tego tak samo jak ja. A więc to tak? Teraz udaje, że to wszystko o czym rozmawiałyśmy nie miało miejsca? Mimo wszystko stoi po jego stronie?
- Właściwie to pomyśleliśmy o odnowie przysięgi.- dodał Richard, chwytając Helen za rękę.
- To wspaniale, gratulacje! Myślę, że powinniśmy wznieść za to kolejny toast!- odezwał się Jason, z jawną kpiną w głosie, podrywając się od stołu. Domyśliłam się, że zrobił to, by powstrzymać mnie przed palnięciem kolejnego głupstwa.
- Dziękuje synu, jestem z ciebie dumny.- powiedział Richard. Jason tylko uśmiechnął się sztucznie.- Jestem dumny z całej naszej rodziny, wszystkich was kocham równie mocno.
- Błagam litości!- warknęłam gniewnie, zrywając się z miejsca, przewracając przy tym krzesło. 
Chciałam w końcu znaleźć się w swoim pokoju, by nie słyszeć już ich bezsensownej paplaniny. Aż zrobiło mi się on niej niedobrze! 
Zatrzasnęłam za sobą drzwi i usiadłam na parapecie. Westchnęłam głośno, patrząc w gwiazdy. Naprawdę wierzyłam, łudziłam się, że po mojej nieobecności coś się zmieni, że możemy być na powrót prawdziwą rodziną. Teraz jednak wiem, że to niemożliwe. Zarówno Helen jak i Richard są fałszywi i źli aż do szpiku kości. Chyba jedynie w Jasonie mogę znaleźć oparcie, gdyż jedyne co mogłabym mieć mu do zarzucenia to to, że przez tyle czasu nie powiedział mi prawdy. 
Chwyciłam się za głowę, która niespodziewanie zaczęła mi pękać z bólu. Co za koszmar! Tyle kłamstw, tyle fałszywych wyznań! Jak to możliwe, że wytrzymałam w takim miejscu 20 lat?
Gdy tak się nad tym zastanawiałam, do pokoju wkroczył Darren z nieodgadnionym wyrazem twarzy. Uprzedziłam go, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć:
- No dalej, zrób to. Twoje kazanie będzie słodką kwintesencją dzisiejszego wieczoru.- prychnęłam, śmiejąc się nerwowo. Zamiast tego podszedł bliżej, chwytając mnie za podbródek, bym na niego spojrzała.
- Piłaś?- spytał poważnym tonem, przyglądając mi się uważnie.
- Będziesz teraz udawał mojego ojca?- warknęłam, odtrącając jego rękę. Zachichotałam na myśl jak śmiesznie to zabrzmiało. Ja chyba naprawdę oszalałam, zachowywałam się jakbym nie była sobą.
- To nie jest śmieszne!- denerwował się Darren.
- Ależ ja się bardzo dobrze bawię!- zadrwiłam, patrząc mu w oczy, w te jego denerwująco piękne, szare tęczówki, które działają na mnie hipnotyzująco. Już teraz mnie obezwładniły, tak że nie słuchałam tego co Darren do mnie mówił.
- Oszalałaś? Nie przyszło ci do głowy, że mogłaś się zabić?- wkurzył się Darren.
- Nic nie piłam!- syknęłam gniewnie.- Nie prowadzę po pijanemu!
- Więc co to były za szopki? Jak ty się zachowujesz?- potrząsnął mną lekko. 
- Szopki to było to co wygadywał mój zakłamany ojczulek!- rzekłam złośliwie.- Aż się rzygać chce.
- Co ty wygadujesz, przecież chciałaś żeby znowu byli ze sobą szczęśliwi, już zapomniałaś? A może ty po prostu nie wiesz czego chcesz?- zarzucał mi. Parsknęłam śmiechem. Ta jego niewiedza jest naprawdę zabawna. Gdyby wiedział jak jest prawda, inaczej by zaćwierkał. 
- Doskonale wiem czego chcę.- powiedziałam wyzywająco, popychając go brutalnie w stronę łóżka. Upadł na nie ciężko, patrząc na mnie zszokowany.
- Co ty robisz?- wydyszał.
- Cicho!- zamruczałam, siadając mu okrakiem na kolanach i całując go namiętnie z pasją, której nigdy bym się po sobie nie spodziewała. Darren jeszcze chwilę się opierał, po czym poddał mi się, chwytając mnie stanowczo w talii. Faceci są tacy przewidywalni. Wiadomo które guziki przycisnąć, by ich sobie podporządkować. Jednym szybkim ruchem zrzuciłam z siebie bluzę i przycisnęłam go mocniej do siebie, by nie zdołał mi się wyrwać. Podczas gdy zajęłam się guzikami jego koszuli, stało się coś co całkowicie wytrąciło mnie z równowagi. Darren zamiast zacząć zdejmować ze mnie ciuchy, czego oczekiwałam, powstrzymywał moje ręce, czego zupełnie się nie spodziewałam. A może jednak nie znam się tak dobrze na facetach?
- Jess, przestań.- rzekł stanowczo.
- O co chodzi, nie masz ochoty na dalszą część prezentu urodzinowego?- zaśmiałam się, całując go w szyję.
- Proszę cię, skończ.- odparł.
- Dlaczego?- szepnęłam mu do ucha.- Dalej się złościsz?
- Co się z tobą dzieje?- spytał przytrzymując moje ręce, które zaczęły zdejmować jego koszulkę.
- Wygląda na to, że jestem bardzo niegrzeczną dziewczynką i należy mnie ukarać.- zachichotałam, kąsając go w szyję.
- To nie jest odpowiedni moment.- powiedział zniecierpliwiony.
- Innego może już nie być, a ja jestem bardzo spragniona.- odparłam kusząco, zdejmując z siebie koszulkę, zanim zdążył jakkolwiek zareagować. Może faktycznie jestem pijana?
- Jess, nie poznaje cię.- rzekł zaskoczony, patrząc na moje ciało. Będąc pewna, że mam go w garści, próbowałam rozpiąć swój biustonosz, ale Darren był szybszy. Powstrzymał mnie i zrzucił z siebie na łóżko.- Powiedziałem ci, że masz przestać.
- Jaki masz problem?- warknęłam rozczarowana. Darren stał i przyglądał mi się tym swoim krytycznym spojrzeniem.
- Nie dziś.- rzucił krótko.
- Chciałeś mnie to masz!- złościłam się, próbując chwycić go za rękę, by wciągnąć go na łóżko. Bezskutecznie.
- Nie jesteś sobą.- mruknął, zapinając swoją koszulę.
- Że co?- zdziwiłam się, robiąc obrażoną minę.
- Jesteś ostatnio zbyt roztrzęsiona.- stwierdził, a ja już chciałam protestować, lecz szybko dodał:- Najpierw Vince, potem rozwód rodziców...
- Teraz jesteś moim psychologiem?- zadrwiłam gniewnie.
-...do tego cała ta sprawa z twoim bratem, teraz jeszcze Sam.- dokończył swój wywód.

- A co do tego wszystkiego ma Sam?!- wybuchnęłam.
- Dawno go nie widziałaś, stąd te wszystkie emocje. Widzę, że to wszystko cię przerasta.- wyjaśnił opanowany.
- Czemu to psujesz?- jęknęłam zawiedziona i zdenerwowana jednocześnie.
- Chyba też chcesz, by było to niezapomniane prawda?- mruknął, ostrożnie do mnie podchodząc. Pewnie bał się, że znowu się na niego rzucę. Niestety przez jego postawę całkiem straciłam ochotę na amory.- Po co mamy się spieszyć? Jesteśmy ze sobą dopiero tydzień, najpierw poukładamy sobie wszystko, zobaczysz jeszcze mi podziękujesz.
- Tere fere.- prychnęłam.- Nie zachowujmy się jak dzieciaki z liceum!
- Jessie, posłuchaj...- zaczął Darren, gładząc mnie po policzku, ale odtrąciłam jego rękę.
- Bądź mężczyzną do cholery!- zawołałam, tracąc nad sobą panowanie.
- Teraz to ty zachowujesz się jak dzieciak.- zauważył, patrząc na mnie wyniośle.
- Jasne.- warknęłam, wstając z łóżka i zakładając koszulkę. Przez cały tydzień ciągle ktoś nam przeszkadzał, jak nie mama prawie wkroczyła do pokoju, to Jason albo telefon od Kyle'a. A gdy w końcu mamy trochę czasu dla siebie, on nie ma na mnie ochoty? Co za fatalny dzień!
- Mam nadzieję, że nie jesteś zła.- odezwał się Darren.
- Nie, czemu.- burknęłam w odpowiedzi. 
- Czyli jesteś.- skwitował to wzdychając ciężko.
- Daj spokój.- rzuciłam sucho. 
- Nie chcę, żebyś myślała, że to przez ciebie, że mi się nie podobasz, albo coś.- tłumaczył się Darren.
- A podobam ci się?- spytałam unosząc brwi.
- Oczywiście, bardzo.- uśmiechnął się, podchodząc do mnie.- Ale jak mówię, jesteś zbyt spięta, zdenerwowana. Może sama tego nie dostrzegasz, ale ja to widzę. Już trochę cię znam.
- No proszę, proszę. Nie takich słów spodziewałam się po facecie, który przebiera w kobietach jak w jabłkach na targu.- warknęłam wrogo, zarzucając na siebie kurtkę. Darren uniósł brwi.
- Co to miało znaczyć?- tym razem to on uniósł głos. Czyżby udało mi się wyprowadzić go z równowagi? Nie wierzę...
- Nie ważne.- mruknęłam, odwracając się od niego w stronę drzwi.
- O nie, tak tego nie zostawimy.- rzekł gniewnie, chwytając mnie mocno za rękę.- Zostaniesz tu i wyjaśnisz mi o co chodzi!
- Niczego nie będę wyjaśniać!- powiedziałam wyniośle, szarpiąc ręką, jednak Darren dalej mnie trzymał.
- Jesteś niemożliwa!- zezłościł się. Z nieskrywaną satysfakcją patrzyłam na jego zagniewaną twarz, w oczy, w których dostrzegłam coś groźnego. Już drugi raz widzę go w takim stanie. Za pierwszym razem naprawdę się go przestraszyłam, gdy nakrył mnie na myszkowaniu w jego sypialni. Nie trudno się dziwić, w końcu wkroczyłam na jego terytorium. Ale teraz już się go nie boję, teraz jesteśmy na moim terenie.
- W takim razie nie będę cię zmuszała do dalszej konwersacji z moją osobą.- rzuciłam, zanim wyszłam z pokoju.
- Jess, wracaj! Dokąd idziesz?- usłyszałam jeszcze za placami, lecz nie zatrzymałam się. Nie mogłam pozwolić, by zaczął dyktować mi warunki. Zbiegłam po schodach, po czym wyszłam z domu w czarną, gwieździstą noc.




Dlaczego od razu za nią nie pobiegłem? Nie wiadomo do czego jest zdolna w takim stanie. Zamiast tego stałem jak wryty, nie mogąc zrozumieć co dokładnie się wydarzyło. Przeraziło mnie jej zachowanie, nie od takiej strony ją znałem. Przyszło mi jednak do głowy, że może po prostu za krótko ją znam i Jessie nie jest taka za jaką ją brałem. Bo jak można wyjaśnić jej zachowanie przy kolacji czy parę minut temu, gdy rzuciła się na mnie? Coś w nią wstąpiło, zachowywała się jak opętana. Domyślałem się, że coś musiało się wydarzyć, zanim wróciła do domu. Tylko co? I dlaczego nie chciała się tym ze mną podzielić?
Wybiegłem za nią na zewnątrz, rozglądając się, jednak nigdzie jej nie było. Nie miałem pojęcia gdzie mogła się udać, na pewno miała tu swoje ścieżki, swoje zakamarki w które uciekała, kiedy musiała coś przemyśleć. Problem w tym, że ja ich nie znam. Jedyne miejsce, które przychodzi mi do głowy to plaża, ale wątpiłem, że mogła tam pójść o tej porze. Dochodziła 10, więc zaczynałem się martwić, że coś może się jej stać. Jest taka krucha i bezbronna, powinienem być teraz przy niej. A zamiast tego chodzę tam i z powrotem po ulicy, jak dziecko we mgle, nie wiedząc co robić. 
Nagle moją uwagę przykuło światło padające na ulicę, dobiegające ze strony otwartego garażu domu naprzeciwko. Doskonale wiedziałem, kto tam mieszka. Zakląłem pod nosem. Dlaczego akurat on miał być moją ostatnią deską ratunku? Co za ironia losu! Choć nie podobało mi się to, Sam był osobą, która znała Jessie jak własną kieszeń. Tylko on mógł wiedzieć, gdzie mogła pójść. A przynajmniej taką miałem nadzieję.
Przeklinając w duszy samego siebie, za to co teraz zrobię, podążyłem w kierunku garażu. Zajrzałem do środka, gdzie zobaczyłem Sama, stojącego do mnie tyłem obok granatowego samochodu. Przewróciłem oczami i wszedłem głębiej do środka.
- Jak tam blizna wojenna?- zadrwiłem. Sam odwrócił się szybko i zmierzył mnie chłodnym spojrzeniem. Gdy stanąłem obok, zauważyłem jak zwężyły się mu się źrenice na mój widok. Musiał mnie naprawdę nie lubić. Co jeszcze bardziej zachęciło mnie do nabijania się z niego.- Pewnie w końcu stałeś się męski w oczach swojej dziewczyny.
- Nie bardziej niż zwykle.- prychnął wyniośle.- Czego chcesz? 
- A tak, nudziło mi się.- wzruszyłem ramionami.
- Niech zgadnę...Jess cię przysłała? Zrobiła się z niej straszna Matka Teresa.- rzekł oschle, jakby nie dosłyszał mojej poprzedniej wypowiedzi.- Wszystkich na około chce godzić.
- Chyba jednak się mylisz.- stwierdziłem.
- Będę tego żałował.- mruknął do siebie, po czym spytał:- Co masz na myśli?
- Coś dziwnego się z nią ostatnio dzieje.- zacząłem niepewnie. Czułem się jak donosiciel.
- W jakim sensie?- zaciekawił się Sam. W końcu opowiedziałem mu całe zajście na kolacji. Oczywiście pominąłem tę część, gdy oboje byliśmy w jej sypialni.
- Chyba przyznasz, że to nie było normalne.- powiedziałem, gdy skończyłem swój wywód.
- Coś ją gnębi, to pewne.- skomentował Sam.- Nie spytałeś jej o to?
- Nie chciała mi powiedzieć. Woli wszystko dusić w sobie.- wzruszyłem ramionami.
- Albo po prostu ci nie ufa.- dodał Sam, z nutką satysfakcji w głosie.
- Tylko bez takich.- warknąłem.
- Prawda w oczy kole co?- zadrwił, wyciągając piwo z lodówki.
- Dzięki.- mruknąłem, kiedy podał mi butelkę. Już pierwszy łyk był zbawienny i przyniósł ukojenie, po tym ciężkim dniu.
- A wracając do tematu, myślę że powinieneś dać jej czas na to, by doszła do siebie.- rzekł tonem eksperta.- Wiem z doświadczenia. Kłóciliśmy się nie raz i często wydawało się, że to koniec naszej znajomości i że już nigdy się do mnie nie odezwie. Tak się jednak nie stało.
- Myślisz, że teraz będzie podobnie?- zagaiłem, czując że potrzebuje czyjegoś potwierdzenia dla swoich słów.
- Pewnie tak, Jess nie gniewa się w nieskończoność. Choć to inna sytuacja, w końcu ja jestem jej najlepszym przyjacielem, a ty tylko bubkiem z wielkiego miasta, który myśli, że skoro zdobył wisienkę, to dostanie mu się cały tort.- powiedział kpiąco Sam. Rzuciłem mu wrogie spojrzenie, ale on tylko się roześmiał.- Bez urazy, chodzi mi o to, że nie wiem co jej siedzi w głowie i jakim uczuciem cię darzy. 
- Wierz mi, szaleje za mną.- rzuciłem dumnie.
- W to nie wątpię.- rzekł sarkastycznie.
- Nie wiesz, gdzie ona może teraz być?- spytałem z nadzieją. Chciałem ją odnaleźć, mimo iż nie wiedziałem co tak właściwie miałbym jej teraz powiedzieć.
- Znam kilka jej kryjówek, choć szczerze mówiąc może być wszędzie.- rzekł zamyślony.- Myślę, że powinieneś zostawić ją teraz w spokoju.
- Przecież coś może jej się stać!- oburzyłem się jego lekkomyślnością.
- Nie dramatyzuj, jest u siebie, zna każdą ścieżkę. Nic jej nie będzie.- uspokoił mnie.- A jeśli chodzi o waszą kłótnię, to też uważam, że powinieneś wyluzować. Jessie potrafiłaby wybaczyć nawet największemu wrogowi, więc nie masz się o co martwić.
- A kto powiedział, że to moja wina?- prychnąłem.
- Wina przeważnie leży pośrodku.- stwierdził Sam, po chwili kręcąc głową.- Od kiedy prowadzę poradnię małżeńską? 
- Wiem, to było dziwne.- zawtórowałem mu.
- Życie jest dziwne, ale Ameryki teraz nie odkryłem.- westchnął Sam, podchodząc do drzwi garażu i zamykając je.
- Sam niejednokrotnie się o tym przekonałem.- powiedziałem wyczuwając, że Jessie to nie jedyna osoba, którą coś gnębi.
- Ty przynajmniej masz Jess.- odparł Sam, popijając swoje piwo.
- Z tego co wiem, ty także nie jesteś osamotniony.- zauważyłem. Nie spodobał mi się jego ton głosu, gdy mówił o mojej dziewczynie.
- A tam...nie ma czego porównywać.- machnął ręka zrezygnowany. 
- Tylko mi się wydaje, czy teraz to ty potrzebujesz terapeuty?- spytałem przyglądając mu się.
- Nie...chciałbym po prostu, żeby czasem wszystkie moje problemy jak ręką odjął...zniknęły.- wyjaśnił przyglądając się pustej butelce.- Może jeszcze po jednym?
- Czemu nie.- stwierdziłem, patrząc jak podchodzi do lodówki. Zacząłem zastanawiać się nad tym co powiedział.
- Tylko nie myśl, że teraz zostaniemy kumplami czy coś w tym stylu.- ostrzegł mnie, podając mi piwo.- Dalej pamiętam twój prawy sierpowy.
- Nie mam zamiaru zostać twoim kumplem mięczaku.- zakpiłem, na co Sam tylko się uśmiechnął.
- Co za ulga.- rzekł po chwili.
- Właściwie to mogę ci pomóc.- zacząłem niepewnie.
- O czym teraz mówisz?- zapytał.
- O tym o czym mówiłeś. O tym, by twoje problemy zniknęły.- uściśliłem.
- I niby w jaki sposób ty możesz mi w tym pomóc?- prychnął Sam, unosząc brwi.
- Mam swoje sposoby na radzenie sobie z problemami.- powiedziałem ostrożnie dobierając słowa. Sam spojrzał na mnie pytająco. Wsadziłem rękę do kieszeni kurtki i chwilę w niej pogrzebałem, po czym wyciągnąłem z niej mały przeźroczysty woreczek. 
- Co to jest?- zaciekawił się Sam.
- Mój magiczny pył.- zachichotałem tajemniczo. Podniosłem woreczek na wysokość oczu i przyjrzałem się jego zawartości. W środku znajdował się biały proszek, o idealnej konsystencji, bez żadnych grudek czy innych zanieczyszczeń. Sam także przyjrzał się z bliska, a kiedy zrozumiał z czym ma do czynienia, odsunął się gwałtownie.
- Zabierz to ode mnie!- syknął ze wstrętem.
- Daj spokój, chcesz pomocy czy nie?- warknąłem przewracając oczami.
- Ale nie w takiej postaci! Od kiedy ćpanie ma rozwiązać moje problemy?- wydyszał Sam.
- A kto mówił o rozwiązywaniu?- mruknąłem, unosząc brwi.- Sam powiedziałeś, że chcesz, żeby zniknęły. A ja ci to umożliwię. 
- Ale nie na zawsze.- stwierdził.
- Przynajmniej na kilka godzin. Ale lepsze to niż nic.- wzruszyłem ramionami. Podszedłem do stolika, szukając wzrokiem jakiejś czystej kartki czy czegoś w tym rodzaju.
- Jessie wie?- spytał ostro Sam, uważnie mnie obserwując.
- A czy to ważne?- rzuciłem wymijająco, znajdując to czego potrzebowałem. Wysypałem niewielką ilość proszku na kartkę, a przy pomocy banknotu uformowałem z niego dwie równe ścieżki.
- Czyli nie wie.- powiedział cicho.
- I lepiej, żeby się nie dowiedziała.- rzekłem stanowczo, zwijając banknot w cienki rulonik.
- Nie byłaby zachwycona.- stwierdził Sam, patrząc na proszek. 
- I nigdy się nie dowie.- powiedziałem patrząc na niego wyzywająco.
- Ja nic nie powiem.- wzruszył ramionami.- Skoro lubisz ją okłamywać....
- Nie okłamuje jej. Po prostu nie zdradzam jej wszystkich szczegółów swojego życia.- warknąłem.
- Mów sobie co chcesz, ja swoje wiem.- prychnął. Jego paplanina zaczynała mnie nużyć.- Poza tym to twoja sprawa czym się trujesz.
- Nigdy nie próbowałeś co?- spytałem, z lekką kpiną w głosie, zmieniając temat. Jeszcze tego brakowało, żeby zaczął do tego mieszać Jessie.
- Ja i Jess raczej trzymaliśmy się od tego z dala.- rzekł wymownie podkreślając ich głęboką zażyłość. 
- Więc nie masz nic do stracenia. Skoro to pierwszy raz, nic ci się nie stanie.- zapewniałem go.
- Wiesz, wiedziałem że to nie możliwe, że jesteś taki idealny. Długo nie musiałem szukać, żeby znaleźć tę rysę.- stwierdził triumfalnie.
- Skończyłeś? Nie traktuj mnie jak tego złego.- westchnąłem, już naprawdę zniecierpliwiony.- Ja oferuję ci tylko kilka gramów sproszkowanego antidotum, na twoje zszargane nerwy. Twoja sprawa co z tą ofertą zrobisz.
- A skutki uboczne?- upewniał się Sam. Wiedziałem, że uda mi się go namówić. To była tylko kwestia czasu.
- Rano odczujesz pewnie lekkie zawroty głowy, ale to szybko minie. Zresztą na każdego to działa inaczej.- wyjaśniłem.
- Można pomyśleć, że zwariowałem biorąc coś takiego od ciebie.- rzekł niepewnie, na co prychnąłem głośno.
- Nie chcesz, nie bierz.- rzuciłem krótko.
- Ale w sumie wszystko mi jedno.- powiedział zrezygnowany, biorąc ode mnie rulonik i podchodząc do stołu.
- Ok, tylko jak na pierwszy raz lepiej...- zacząłem, ale on już zdążył wciągnąć całość przez nos.
- O cholera!- jęknął, krzywiąc się.
-...nie wciągaj wszystkiego naraz.- dokończyłem, patrząc rozbawiony na to jak opada na kanapę, trzymając się za głowę. Podszedłem do niego i poklepałem go po plecach.- Trudno przywyknąć za pierwszym razem. 
- To nie było przyjemne.- rzekł stłumionym głosem, wciąż trzymając się za nos.
- Samo wciąganie nie, ale zobaczysz jak podziała. Czysty odlot.- zapewniałem go, biorąc od niego banknot.
- Dziwne uczucie.- mruknął, wzdrygając się lekko. Zaśmiałem się, po czym sam zbliżyłem się do stołu i wciągnąłem swoją działkę. Dla mnie to nie pierwszyzna. Już po chwili zaczęło mi przyjemnie szumieć w głowie, co oznaczało, że mój magiczny pył zaczynał działać. Nie ma to jak chwila beztroskiego zapomnienia!



Załkałam głośno, trzymając się za głowę. Czułam słony smak swoich własnych łez, które cienkimi strużkami spływały mi po policzkach. Niespodziewanie nastąpił ten krytyczny moment, kiedy wszystkie emocje wzięły górę nad rozsądkiem. W końcu to wszystko mnie przerosło i mogłam tylko przyglądać się jak wszystko wokół się wali. Przed Darrenem starałam się udawać, że wszystko jest w porządku, że jestem silna. Myliłam się, wcale taka nie jestem. To tylko maska, którą zakładałam przed nim i innymi. Nie chciałam się przyznać przed samą sobą, że po prostu sobie nie radzę. A co dopiero przed rodziną czy przyjaciółmi.
Mój płacz zagłuszał hałas fal rozbijających się o klify, na których siedziałam. Wokół było całkowicie ciemno, tak że widziałam tylko nieprzeniknioną czerń oceanu przede mną. Gdyby nie ten mrok, nie siedziałabym tutaj z powodu mojego lęku wysokości, ale teraz było mi wszystko jedno. I tak nic nie widziałam. Miałam tylko świadomość, że od wzburzonych fal dzieli mnie dobre kilkanaście jardów. Pewnie, gdybym niechcący tam wpadła nikt by się nawet nie zmartwił, nikt by nie zauważył. Zadrżałam, przeklinając siebie w duchu za te głupie myśli. 
Czułam się opuszczona i oszukana. Nie mogłam uwierzyć w to, jak mogłam być tak naiwna, że uwierzyłam w te wszystkie słowa swojej matki, po tym jak niejednokrotnie mnie zawiodła. Jak mogłam oczekiwać, że Richard nagle stanie się czułym i kochającym ojcem, skoro nie był taki od kiedy sięgam pamięcią. Co ja tutaj właściwie robię? Po co wróciłam? Mogłam przewidzieć, że ten wyjazd nie skończy się dobrze. 
- Głupia, głupia.- jęknęłam sama do siebie, stukając się w czoło. A Sam mnie ostrzegał, że spotkanie z ojcem tylko mnie rozczaruje. No cóż...poniekąd miał rację. Już słyszałam te jego „a nie mówiłem?”. 
Nagle dobiegł mnie znajomy dźwięk telefonu. Odwróciłam się za siebie, patrząc w stronę torebki, którą zostawiłam na plaży. Podniosłam się z miejsca i chwiejnych krokiem podążyłam w tamtym kierunku. Wyciągnęłam telefon i odebrałam go, nawet nie patrząc kto dzwoni.
- Tak?- wyjąkałam słabym głosem.
- Jess, to ty?- usłyszałam głos Kate.
- Jasne, a niby kto.- mruknęłam. 
- Jakoś dziwnie brzmisz.- zauważyła. Jest prawie tak bardzo spostrzegawcza jak Darren.
- Nic mi nie jest.- wykręcałam się, próbując opanować drżenie głosu.- Jakoś nie bardzo ci się spieszyło z tym telefonem.
- Tak wiem, ale mam teraz tyle na głowie.- powiedziała ożywiona.
- Co takiego?- udawałam zainteresowanie.
- Aaa...no wiesz...praca, Carl i takie tam.- rzekła wymijająco. Tylko mi się wydaje, że nie jestem jedyną osobą, która coś ukrywa?
- Ok, rozumiem.- westchnęłam, pociągają nosem. Gdzieś za plecami usłyszałam trzask łamanej gałęzi. Odwróciłam się jak na komendę, wytężając wzrok. Nikogo nie zauważyłam, choć czułam czyiś wzrok na sobie. Na całym ciele pojawiła mi się gęsia skórka, a oddech przyspieszył mi się. Rozglądałam się kilka dobrych minut, ale nie dostrzegłam napastnika.
- Jess? Jessie słuchasz mnie?- dobiegło mnie zniecierpliwione nawoływanie przyjaciółki.
- Taaak...jestem.- mruknęłam, mrużąc podejrzliwie oczy. Mogłam przysiąc, że widziałam ciemny kształt poruszający się w krzakach. A może to tylko moja bujna wyobraźnia?
- Cholera co się z tobą dzieje?- denerwowała się Kate.- Ja ci opowiadam o tym podejrzanym facecie, a ty nawet mnie nie słuchasz!
- Zaraz, zaraz, jakim facecie?- oprzytomniałam.
- Pisałam ci o nim! Przedwczoraj w Star pojawił się jakiś dziwny czarnowłosy facet, wypytujący o ciebie.- wyjaśniła Kate, a ja poczułam jak żołądek mi się skręca ze strachu.
- Co powiedział?- spytałam drżący głosem.
- Chciał wiedzieć gdzie jesteś, mówił że potrzebuje kilku informacji, nie mam pojęcia o co chodziło.- odpowiedziała Kate przestrasznym głosem.
- Przecież ja nic nie wiem! O co mogło mu chodzić?- zastanawiałam się.- Mam nadzieję, że nic mu nie powiedziałaś?
- To Harry z nim rozmawiał, ale oczywiście nie pisnął nawet słóweczka.- zapewniła mnie Kate.- Za to gdy zobaczył mnie, od razu się ulotnił.
- Dziwne...wiedziałam, że w końcu się pojawi.- powiedziałam cicho, bardziej do samej siebie.
- Jess, ty chyba nie chcesz się z nim spotkać?- jęknęła Kate.- Od razu widać, że to typ spod ciemnej gwiazdy! 
- Oczywiście, że nie. Jestem po prostu ciekawa o co mogło mu chodzić.- uspokoiłam ją.
- Uwierz mi, lepiej nie wiedzieć. Jego ton głosu nie wskazywał na to, że chce się z tobą umówić na miłą pogawędkę przy kawie i ciasteczkach.- ostrzegała mnie dalej.- Trzymaj oczy szeroko otwarte.
- Myślisz, że mógł za mną pojechać?- przestraszyłam się, ponownie rozglądając się na boki.
- Jessie, dobrze wiesz, że po takim facecie można spodziewać się wszystkiego! On może być niebezpieczny!- Kate zaczęła panikować, a w efekcie ja też.- Dlatego nie możesz nigdzie chodzić sama. Trzymaj się Sama, tak będzie najlepiej.
- Umm...jasne, tak zrobię.- rzekłam wymijająco. Ciekawe co by powiedziała, gdyby zobaczyła mnie samą o tej porze, nad stromym urwiskiem. To było nierozsądne z mojej strony.
- A jak tam pobyt u rodziców?- spytała bez entuzjazmu. 
- Nie jest tak, jak to sobie wyobrażałam.- wyznałam smętnie.
- To znaczy?- dopytywała się.
- Rodzice się rozwodzą, a potem znowu się schodzą, oszukują mnie i Jasona...ach...nie ważne, opowiem ci ze szczegółami jak wrócę.- jęknęłam zrezygnowana. Nie miałam ochoty na wałkowanie tego tematu. Chciałam jak najszybciej opuścić tą dziką plażę. 
- Ojej...skomplikowana sprawa, jak widzę. Współczuje ci.- powiedziała z troską w głosie.- Kiedy wracasz? Dowiedziałaś się czegoś o Haydenie?
- Tak, mama powiedziała mi, że mieszkają w San Diego, to niedaleko więc się tam wybiorę. Mam nadzieję, że go znajdę.- odpowiedziałam.- Chyba zajmę się tym jutro. Chcę opuścić to miejsce raz na zawsze.
- Czyli niebawem się zobaczymy.- ucieszyła się.
- Tak, nawet szybciej niż myślisz. Kate, muszę kończyć...eee...Sam mnie woła, mieliśmy pogadać.- wykręciłam się.
- Dobrze, dobrze, pozdrów go i uściskaj ode mnie!- rzekła na powrót rozpromieniona. Pożegnałam się z nią i rozłączyłam się. Znowu zostałam całkiem sama, a szum oceanu zamiast mnie ukoić, tylko tępił moje zmysły. Nie mogłam się przez to skupić na nasłuchiwaniu. Wciąż miałam nieodparte wrażenie, że ktoś mnie obserwuje. 
Szybkim krokiem ruszyłam przed siebie. Prawie biegiem wpadłam na piaszczystą szosę, oświetlaną przez latarnie, które rzucały słabe, mętne światło. Na wszelki wypadek ponownie odwróciłam się za siebie, nikogo jednak nie zobaczyłam. Tak bardzo liczyłam na to, że zdarzy się jakiś cud, że ktoś mi przyjdzie z pomocą. Zamknęłam oczy i wzięłam kilka głębszych oddechów. Gdy znowu je otworzyłam zauważyłam, że światło latarni nade mną zaczęło niepokojąco migać, a następnie jej żarówka dosłownie eksplodowała, rozsypując szkło dookoła. Zaklęłam głośno, czując jak ostry odłamek przecina mi wierzch dłoni. Ku mojemu przerażeniu dokładnie to samo zdarzyło się z kilkunastoma latarniami, które stały na tej ulicy. Zapanowała całkowita ciemność, a jedynym dźwiękiem był mój przyspieszony oddech. Nawet szalejące fale oceanu zdawały się uspokoić. Co mam teraz zrobić?, pomyślałam, machając przed siebie rękami, nic nie widząc. Co gorsze zdałam sobie sprawę, stałam teraz na asfaltowej drodze, choć mogłam przysiąc, że była to zwykła nieutwardzona droga obok klifów, którą często szłam, po wyprawie na plażę. Kilka jardów dalej znajdowało się skrzyżowanie z sygnalizacją świetlną. Jak to możliwe, że się tu znalazłam? I gdzie ja w ogóle jestem? Nie poznaję tego miejsca. Czułam, jak ogarnia mnie panika. 
Nagle na końcu drogi rozbłysł blask reflektorów. Zmrużyłam oczy, przez oślepiające mnie światło. Teraz było mi wszystko jedno gdzie się znajduję, chciałam po prostu wydostać się z tego potwornego miejsca! Pobiegłam w stronę samochodu, machając rękami.
- Hej! Pomocy!- zawołałam w jego kierunku. Jednak zamiast się zatrzymać, pojazd zaczął nabierać prędkości. Stanęłam w miejscu i jak zahipnotyzowana wpatrywałam się jak się do mnie zbliża. Naturalnym odruchem byłoby odskoczenie na bok, jednak ja nie mogłam się poruszyć, jakby jakaś niewidzialna siła mnie tu trzymała. Gdy samochód był już na tyle blisko, bym mogła się mu dokładniej przyjrzeć, zobaczyłam kobietę, łudząco do mnie podobną i jasnowłosego mężczyznę. Miałam dziwne wrażenie, że skądś ich znam. Nawet zdawało mi się, że się ze sobą kłócą, ale na mnie nie zwrócili najmniejszej uwagi. To wszystko trwało ułamek sekundy. 
Zamknęłam oczy, spodziewając się uderzenia, jednak samochód rozpłynął się w powietrzu. Zszokowana nie potrafiłam złapać tchu. Odwróciłam się i wtedy znowu się pojawił, pędząc w kierunku skrzyżowania. Nic z tego nie rozumiałam. Złapałam się za głowę, myśląc że chyba zwariowałam. I wtedy usłyszałam przeraźliwy zgrzyt metalu i rozbijanego szkła. W tajemniczy samochód z całej siły uderzyła ciężarówka. Wydawało mi się nawet, że usłyszałam czyiś krzyk. Zamrugałam kilka razu i wszystko zniknęło. To przecież niemożliwe! To było takie realne, jak prawdziwe. 
Przeszłam kilka kroków, by zobaczyć czy nie ma tu jakiś śladów, wskazujących na wypadek samochodowy. Niczego takiego nie znalazłam, nie było tu żadnych dowód na to, że jednak nie oszalałam. Znowu stałam na drodze obok plaży i słyszałam szum fal. Przetarłam ręką spocone czoło i próbowałam się uspokoić. Czy to były halucynacje? Zarzuciłam torebkę na ramię i ruszyłam szybko przed siebie. Chciałam wrócić do Darrena, przeprosić go i zapomnieć o tym co się wydarzyło. Wtedy poczułam, że ktoś chwyta mnie za ramię i szepcze mi do ucha: Ty będziesz następna!
Wtedy zemdlałam.




- Mówię ci, że coś musiało się stać.- powiedziałam z przejęciem, leżąc na łóżku.- Jess się tak nie zachowuje, zazwyczaj jest opanowana.
- Nie spytałaś jej o to?- spytał blondyn lekceważącym tonem, bardziej zainteresowany całowaniem mojej lewej łydki, niż problemami mojej przyjaciółki.
- Pewnie, że spytałam! Myślisz, że jestem taka głupia?- fuknęłam gniewnie.- Trzeba było nie puszczać jej samej.
- I co byś zrobiła? Poleciałabyś razem z nią? To szaleństwo!- zadrwił Carl, wędrując ustami coraz wyżej po mojej nodze. 
- Przynajmniej nie byłaby sama.- martwiłam się dalej. Na samą myśl o tym, że ten szaleniec mógł polecieć za nią do Los Angeles, dostawałam gęsiej skórki. Jeśli coś się jej stanie to będzie moja wina! Mogłam go zatrzymać, wezwać policję. A tak dałam mu uciec!
- Przecież nie jest sama, ma tam przyjaciół, rodzinę.- zauważył Carl.
- Oj wiesz o co mi chodzi. Ze mną byłaby bezpieczna.- rzekłam przewracając oczami.
- O co takiego może jej się stać? Jakiś bandyta wyskoczy za nią zza kosza na śmieci?- zadrwił Carl.
- Choć raz mógłbyś być poważny!- zganiłam go. Na co ja liczyłam, że zrozumie to o czym mówię? To tak jakby nauczyć małpę stepować.
- A po co?- zdziwił się, robiąc duże oczy i uśmiechając się figlarnie. Może myślał, że mnie tym rozbawi, lecz osiągnął skutek odwrotny do zamierzonego.
- W sumie mnie też należą się wakacje, a wyjazd do Los Angeles to była dobra okazja.- zastanawiałam się dalej nad swoją głupotą, ignorując Carla.- Szkoda, że ją zmarnowałam.
- Zostawiłabyś mnie tu tak samego?- zamruczał, robiąc słodkie oczy.
- Myślisz tylko o sobie.- prychnęłam, odsuwając się od niego. Usiadłam na brzegu łóżka, rozglądając się w poszukiwaniu spodni. Carl zbliżył się do mnie i pocałował mnie w szyję. O dziwo nie zrobiło to na mnie wrażenia.
- Nie gniewaj się księżniczko.- zachichotał.
- Ty w ogóle mnie nie rozumiesz. Nie słuchasz tego co do ciebie mówię!- złościłam się, patrząc na beztroski wyraz jego twarzy.
- Jak to nie? Cały czas cie słucham.- rzekł wzruszając ramionami.
- Ale masz to gdzieś! Nie pomyślałeś, że może potrzebuję wsparcia czy też porady?- warknęłam.
- Nie dramatyzuj.- marudził. Chwycił mnie w pasie i przyciągnął do siebie. 
- Daj spokój, nie mam ochoty.- jęknęłam niezadowolona.
- Ty? To niemożliwe.- zaśmiał się, bawiąc się guzikami mojej bluzki.
- Pozory mylą.- powiedziałam oschle, spychając go z siebie i wstając z łóżka. Ubrałam się w ekspresowym tempie i wyszłam do niezbyt schludnego salonu mojego wybranka. Zaczęłam zbierać z podłogi części swojej garderoby, skupiając się jednak na znalezieniu torebki.
- Co ty robisz?- spytał zdziwiony. Stał oparty o futrynę drzwi i przyglądał mi się.
- Wracam do domu.- rzuciłam krótko.
- Teraz? Dochodzi 9, przecież możesz zostać na noc. Jak zawsze zresztą.- zapewnił mnie.
- Wiem o tym, ale nie chcę.- dodałam, wydobywając torebkę spod stołu. Upewniłam się, że są w niej klucze do mojego mieszkania i komórka.
- Co się z tobą dzieje?- Carl podszedł do mnie i chwycił mnie za rękę. Wyrwałam się mu i wbiegłam do przedpokoju. Akurat ubierałam kurtkę, kiedy wpadł tam zdyszany za mną.- Kiedy znowu się spotkamy?
- Wpadnę jutro.- powiedziałam, otwierając drzwi.
- Nie tak szybko!- zatrzymał mnie Carl. Przytulił mnie do siebie i próbował pocałować.
- Na razie.- powiedziałam szybko, wyswobadzając się z jego objęć. Szybko zbiegłam po schodach, nawet nie oglądają się za siebie. Starałam się nie myśleć o braku reakcji mojego ciała na jego pocałunki, pieszczoty, spojrzenia. Coś się zmieniło, tylko nie wiedziałam co. A przecież tak za nim szalałam! Pierwszy tydzień naszego związku był naprawdę bajeczny! Te wszystkie romantyczne wypady, godziny spędzone w jego sypialni, śniadania do łóżka, kwiaty. Nigdy nie podejrzewałam, że zdołam się aż tak zaangażować. A teraz? Nie potrafię nawet na niego spojrzeć, wszystko mnie w nim denerwuje. Czas skończyć się oszukiwać. Ja chyba nie umiem żyć w związku.
Wyciągnęłam telefon i wystukałam znany już sobie numer. Chciałam z kimś pogadać, tak normalnie wyżalić się. Niestety nie odbierał. Westchnęłam i usiadłam na ławce przed Star. Wadą pracowania tutaj było to, że mieszkanie Carla znajduje się tuż za rogiem i jak dotąd nie udało mi się uniknąć jego notorycznych odwiedzin w czasie mojej zmiany. Od niechcenia zerknęłam do środka klubu i coś we mnie drgnęło. Dostrzegłam Go. Siedział przy jednym ze stolików. Uśmiechnęłam się i już miałam wbiec do środka, kiedy zobaczyłam, że ktoś dosiadł się do jego stolika. Była to niska, szczupła dziewczyna z burzą brązowych loków na głowie. Pocałowała go przelotnie w usta. Teraz już wiem czemu nie odebrał, jak widać jest bardzo zajęty. Wytężyłam wzrok i dostrzegłam jak chwycił ją za rękę, spoczywającą na stole. Poczułam niemiłe ukłucie w żołądku. Nie, nie, nie. Ja nie odczuwam zazdrości. Co tu jest grane? Ktoś rzucił na mnie jakiś zły czar.
Odwróciłam się, wlepiając wzrok w torebkę, spoczywającą na moich kolanach. Nie sądziłam, że tak to się potoczy. Spodziewałam się raczej, że zakocha się we mnie i to ja będę musiała się od niego opędzać. A tymczasem to co się między nami wydarzyło po prostu po nim spłynęło i żyje sobie spokojnie dalej. Cholera, to niesprawiedliwe! A zresztą...po co się nim przejmuję. Jest mi obojętny, w ogóle o nim już nie myślę.
Jeszcze raz dyskretnie odwróciłam się w ich stronę i ze strachem dostrzegłam, że mi się przygląda. Serce zabiło mi mocniej od tego spojrzenia. Na twarzy wymalowane miał zaciekawienie i rozbawienie. Jak długo wiedział, że tu jestem? Pewnie wziął mnie za idiotkę, za głupią małolatę, która śledzi każdy jego krok. Zaklęłam pod nosem i zerwałam się z ławki. Wpadłam do klatki schodowej, a następnie po schodach wspięłam się na piąte piętro. Drżącymi rękoma wyciągnęłam z torebki klucze, którymi otworzyłam drzwi. Gdy znalazłam się w mieszkaniu odetchnęłam z ulgą. Oparłam się o drzwi, rozważając pozostanie tu przez resztę swojego życia. Rzuciłam torebkę na blat kuchenny, zdejmując przy tym buty. Przeciągając się leniwie, zajrzałam do lodówki, zastanawiając się nad kolacją. 
Nagle rozległ się dzwonek do drzwi, a serce podskoczyło mi do gardła.




- Możesz mi powiedzieć gdzie wczoraj byłaś?- Darren coraz bardziej podnosił głos. 
- Wypadek zdarzył się 11 listopada 1991 roku, pewnie w okolicach Nowego Jorku. Musi gdzieś być wzmianka na ten temat.- powiedziałam do siebie, wystukując informacje na klawiaturze.
- Szukałem cię! Nie raczyłaś nawet zadzwonić!- złościł się na mnie dalej. 
- Mhm.- zamruczałam, gapiąc się na ekran laptopa.
- Posłuchaj mnie!- warknął, odwracając mnie w swoją stronę. Popatrzyłam nieprzytomnie na jego przystojną twarz .
- O co chodzi?- spytałam spokojnym głosem.
- Jeszcze pytasz? Wybiegłaś wczoraj nie wiadomo gdzie, a teraz udajesz, że nic się nie stało?- rzucił Darren z niedowierzaniem.
- Z tego co słyszałam od Jasona, wróciłeś do domu nad ranem, ale nie robię ci z tego powodu awantury.- powiedziałam beznamiętnym głosem, próbując wrócić do komputera.
- Przecież wiesz, że się martwiłem.- ciągnął dalej. Westchnęłam ciężko. Wydarzenia poprzedniej nocy wciąż miałam przed oczami. Najpierw te dziwne wizje, potem zemdlałam. Gdyby mój sąsiad nie wracał akurat tamtędy do domu i mnie nie znalazł, to kto wie, może dalej bym tam leżała. Na samą myśl dostałam dreszczy.
- Wiem.- odezwałam się w końcu. Nie chciałam się mu tłumaczyć. 
- Co się dzieje?- spytał po raz setny. 
- Przestań o to pytać.- syknęłam, próbując się skupić. Zamknęłam oczy, a oczami wyobraźni znowu widziałam ten samochód. Szybko odwróciłam się do komputera i dalej przeszukiwałam przeróżne strony. Wystarczyłoby cokolwiek, jakiś trop. Znalazłam nawet listę wypadków drogowych w okolicach Nowego Jorku. Niestety w roku 1991 było ich tyle, że sprawdzanie każdego zajęłoby mi wieczność.
- To odpowiedz.- nalegał Darren, chwytając mnie za rękę. Nie słuchałam go, próbując znaleźć coś, co wyróżni ten wypadek na tle innych. Może pora dnia albo marka samochodu.- Co ci się stało w ręke?
- Hmm?- mruknęłam, zerkając na wierzch swojej dłoni. Widniało na niej głębokie rozcięcie. Dziwne, że nawet nie zwróciłam na to uwagi.
- Ktoś ci zrobił krzywdę?- zaniepokoił się Darren.
- Nie wiem, daj mi spokój.- jęknęłam rozdrażniona tym, że ciągle mi przeszkadza.
- Mam udawać, że nie widzę co się dzieje?- spytał z niedowierzaniem Darren.
- O cholera! To było BMW!- zawołałam, aż podskakując na krześle, nie słuchając go. Nie wiem skąd to wiedziałam, ale nagle przyszło mi to do głowy. Może przez tą krótką chwilę, gdy widziałam ten samochód, dostrzegłam też ten charakterystyczny znaczek. Darren przyglądał mi się zaskoczony, ale nie obchodziło mnie to. Od razu wpisałam tę informację, a moim oczom ukazało się to czego szukałam. Zaczerpnęłam głośno powietrza.
- Co się stało?- dopytywał się Darren. Nie odpowiedziałam, tylko kliknęłam na adres strony. Ukazały mi się zdjęcia wraku samochodu, a tuż obok opis całego zdarzenia. Nie miałam wątpliwości, że był to ten sam samochód. Podekscytowana już miałam zacząć czytać, kiedy na ekranie wyświetlił się komunikat „STRONA ZOSTAŁA ZABLOKOWANA”, a następnie laptop wyłączył się.
- Nie!- jęknęłam, uderzając ze złością w blat stołu. Sprzęt zupełnie nie reagował na moje próby uruchomienia go. Roztrzęsiona robiłam wszystko, by znowu go włączyć. Bezskutecznie.
- Zostaw to.- powstrzymywał mnie Darren.
- Przestań, ja muszę się tego dowiedzieć!- wyrywałam mu się.
- Nic już nie zrobisz! Pewnie padł twardy dysk.- chłopak próbował przemówić mi do rozumu.
- Nie prawda! Ktoś to zrobił celowo! On to zrobił!- wydyszałam ze złością.
- O kim ty mówisz?- Darren wpatrywał się we mnie przerażony. Nasze spojrzenia spotkały się. Dopiero teraz zauważyłam jaki był zaniepokojony. Czy powinnam dokładać mu zmartwień, wyjawiając mu prawdę?
- Już sama nie wiem co mówię. Jestem zmęczona.- rzekłam wymijająco.
- Nic dziwnego, siedzisz przy tym od rana! Założę się, że nawet nie zmrużyłaś oka przez całą noc.- powiedział Darren z wyrzutem. Jakbyś zgadł.
- Miałam coś do przemyślenia.- rzuciłam krótko, dając tym samym do zrozumienia, że i tak mu nie powiem nad czym tak rozmyślałam.
- Czemu nie chcesz ze mną rozmawiać?- spytał ze smutkiem w głosie.- To przez to co się wczoraj wydarzyło?
- Nie, to nie to.- mruknęłam. Prawie już zapomniałam o swojej wczorajszej kompromitacji.
- To może chodzi o to, że nie wróciłem na noc.- Darren nie dawał za wygraną.
- Uspokój się, przecież mówiłam, że nic się nie dzieje.- jęknęłam zrezygnowana. Darren ujął moją twarz w dłonie i mnie pocałował. Bardzo czule i namiętnie. Gdy oderwaliśmy się od siebie, spojrzałam mu głęboko w oczy i poczułam rozkoszne ciepło rozlewające się po całym moim ciele. A do tego ogromne wyrzuty sumienia.
- Pamiętaj, że mimo wszystko zawsze będę przy tobie. Nie będę naciskał, kiedy będziesz chciała opowiesz mi wszystko. Rozumiem, że może jeszcze nie ufasz mi na tyle, by dzielić ze mną wszystkie przeżycia. Ale będę czekał, jak długo się da.- zapewnił, gładząc mnie po policzku. Nie wytrzymałam i rozpłakałam się.- Co się stało, powiedziałem coś nie tak?
- J-ja już t-t-tego nie wytrzymam!- jęknęłam, kryjąc twarz w dłoniach.
- Czego?- dopytywał się, chwytając moje ręce, by spojrzeć mi w oczy. Jeszcze tego brakowało, żeby widział mnie w takim stanie. Sama jestem sobie winna. Naważyłam sobie piwa, to muszę je teraz wypić. 
- Powiem ci wszystko, już nie mogę dusić tego wszystkiego w sobie!


Głosuj (1)

jessie1 23:23:19 21/04/2012 [Powrót] Pozostaw po sobie ślad





Fight with the past



| Szablon wykonała Jessie tylko i wyłącznie dla Fight with the past |

Historia Jessie Willys

Pojawiło się 25984 dusz...


Jestem wodą...do której raz włożywszy dłoń, nigdy nie zdołasz jej zapomnieć...


Avatar


Blog przeniesiony na http://fight-with-the-past.mylog.pl/ :)


Dodaj do Ulubionych Duszyczek


Księga zbłąkanych dusz:

Przeglądaj Księgę
Zostaw po sobie ślad w Księdze


To już było:

2012 VIII VII VI IV II I 2011 XII XI VIII VII V IV 2010 XII X IX VIII VII


Moje ulubione duszyczki:

sharley.blog4u.pl
the-hills.blog4u.pl
inanotherlife.blog4u.pl
dracantra-dragon.blogasek.pl
odnalazlem-samego-siebie.blog4u.pl
dzieci-mafii.blog4u.pl
wieksze-dobro.blog4u.pl
hogwart-harry-ron-hermiona.blog4u.pl
eternity.blog4u.pl
demony-duszy.blog4u.pl
crying-star.blog4u.pl
cullens-diary.wjo.pl
pamietniklily.blog4u.pl
bloody-landscapes.blog4u.pl
rozpieszczona-ksiezniczka.blog4u.pl
non-celibacy-century.blog4u.pl
shadow-poison.blog4u.pl
milosc-i-poswiecenie.blog4u.pl
rozowydlugopis.blog4u.pl
monisiaaa.blog4u.pl
.
hermiona-draco-story.blog4u.pl
the-fallen-angel.blog4u.pl
not-givin-up.blog4u.pl
o-tym-i-owym.blog4u.pl
scarlet-moon.blog4u.pl
moj.dziennik.blog4u.pl
the-truth.blog4u.pl
lacrimosa.blog4u.pl
meaningless.wjo.pl
.
.
shadow--poison.blog4u.pl
miss-lily-riddle.blog4u.pl



A to lubię: